Ex-torrenty.org
Muzyka / Metal
BRUCE DICKINSON - THE CHEMICAL WEDDING (1998/2005 EXPANDED EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]

Dodał: xdktkmhc
Data dodania:
2022-10-04 11:48:48
Rozmiar: 490.41 MB
Ostat. aktualizacja:
2024-03-05 05:19:49
Seedów: 0
Peerów: 0

...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...


Na ten album czekałem ze zniecierpliwieniem. I powiem od razu, że nie zawiodłem się. Płytka ta jest dla mnie arcydziełem. Zastanawiałem się, czym też nas teraz eks-Maiden zaskoczy, bo w sumie ostatni jego krążek, czyli "Accident Of Birth" to bardzo dobry metalowy album. Ale wlaśnie został zdetronizowany...

Wracając do "The Chemical Wedding" - jest to zdecydowanie najcięższy i najlepszy materiał Dickinsona jak dotąd. Przebija prawie pod każdym względem znakomitego poprzednika. Niesamowita, czaderska i pełna energii robota gitarowa Roy'a Z i Adriana Smitha, no i ten wokal samego Bruce'a... Wszystkie kawałki tego albumu zaslugują na uwagę, na pewno nie znajdziecie tutaj żadnego wypełniacza czy innego potworka. To album, który możecie brać w ciemno, więc zapraszam do sklepów. Wcześniej może przyjrzyjmy się każdemu utworowi z osobna:

"King In Crimson" - bardzo dobry otwieracz. Nie mamy tutaj żadnego intra, od razu rozpoczęcie pięknym gitarowym wejściem i bębnami, a dalej świetny riff. I juz... perkusja, druga gitara, bas... i wreszcie wokal. Motyw przewodni jest cudowny, a wokal Dickinsona bardzo przekonujący. Doskonałe solo Roy'a, a później Adriana, jest tu takich oczywiście jest tu całe mnóstwo. Słowem dosyć dynamiczny kawałek i świetnie wpadający w ucho.

"Chemical Wedding" - drugi numer, a już tytułowy. Teraz tempo troszkę wolniejsze. Spokojne motywy przeplatane z gitarowym czadem, ładna melodia i dobry refren. Choć na dłuższą metę ciut monotonny, co nie znaczy że kiepski, lecz po n-tym razie zaczyna lekko nużyć.

"The Tower" - niesamowity... na początku świetny bas, by za moment przywitał nas równie piękny riff. Chyba najbardziej melodyjny kawałek. W zasadzie tradycyjne wykonanie. Gitary znakomicie współpracują z resztą sekcji. Refren to po prostu miodzio, jest tak chwytliwy że historia! Po prostu wspaniały i jak się tego słucha. Brawa także dla młodego bębniarza Davida Ingrahama. Wyśmienite. Obok tego utworu nie przejdziecie obojętnie.

"Killing Floor" - mocne uderzenie i znów czad, czad i czad. Prawdopodobnie najostrzejszy numer z tego materiału. Oczywiście nie mogło zabraknąć sola. Refren i walenie po garach jest zajebiste. "Satan has left his killing floor - satan his fires burn no more". Extra! Tak w połowie miłe spowolnienie i dalej ostro. Tu nie ma mowy o znudzeniu.

"Book Of Thel" - spokojne intro, by za chwilkę przejść w odjazdową melodię i gitarowe wymiatanie. Coś w stylu "Darkside Of Aquarius", czyli będzie ostro... jasne. Przemiłe solo a potem... zgadnijcie. Tak, znów garki i gitary - to trzeba usłyszeć. Podkład gitar po prostu rozwala. Jeśli chodzi o wokal, to Bruce... chyba przeszedł samego siebie, co uwidacznia się głównie w refrenie. Gdzieś tak w środku chwilowe i miłe łechtanie basem, uderzenia gitar... i solo Roy'a. Ten utwór ma klimat i moc. Perfekcyjne pod każdym względem. Końcówka chyba Was zaskoczy... dlaczego? Narracja prozy Williama Blake'a.

"Gates Of Urizen" - Znalazła się i balladka, bo przecież takowej nie mogłoby zabraknąć. Czemu by nie, tym bardziej, że jest naprawde niezła i refren jest trafiony. Troszkę podobna do "Man Of Sorrows" z "Accident Of Birth". Tak jak owy poprzednik, jest urocza. Dodam tylko, że Roy pruje w gitare w stosownej solowce, by za chwilę to samo zrobił Adrian. Efekt bardzo pozytywny.

"Jerusalem" - zaczyna sie akustykiem, tradycyjne jak na Bruce'a, choć tym razem z niewielką dozą folka. Ładny kawałek, świetna aranżacja i wykonanie. Standard i to na bardzo wysokim poziomie. Dopełnieniem są oczywiście solówki. A kończy znów William Blake.

"Trumpets Of Jericho" - ineresujące wejście, choć refren brzmi trochę staromodnie. Dla mnie niezbyt ciekawy, troszke skąpy kawałek. Ogólne wrażenie jest nieco gorsze i wydaje mi się, że ten numer z deczka odstaje od reszty. Chyba zabrakło pomysłu, choć może się podobać.

"Machine Men" - utwór gorzki w warstwie lirycznej, opowiadający o postepującej mechanizacji życia i ludzi. Jest wyśmienity, jeśli spojrzeć na melodie. Genialny początek i niebanalny refren, i znów gitarowe pOPISkiwanie, czyli sola w odpowiedniej ilości. Końcówka powoli wyciszana, a rozpoczyna się już ostatni utwór czyli...

"The Alchemist" - tutaj powracamy do motywu przewodniego płyty, gdyż odnajdujemy tytułowy refren, czyli "Chemical Wedding". Dziwne rozpoczęcie, posłuchajcie tylko tego głosu. Dość powolny kawałek, także chyba zbyt monotonny. Nie zachwycił mnie. Choć temat jest zacny i opowiada o alchemikach. Bruce chyba lubuje się w spokojnych i wolnych końcówkach. Po zakończeniu numeru czekamy coś około minutki w spokojnej ciszy, by usłyszeć po raz kolejny narracje Blake'a.

An

Legenda metalu, jeden z najsłynniejszych wokalistów świata. To właśnie Bruce Dickinson. Dickinson po odejściu z Iron Maiden z wielką pompą reklamową rozpoczął promocje swych solowych płyt. Jednakże wielu nie mogło mu wybaczyć opuszczenia zespołu, a jego dotychczasowym fanom nie podobała się też komercyjna muzyka z takich albumów jak np. "Balls To Picasso". Pana Bruce'a ruszyło wreszcie sumienie i nagrał coś porządnego z tym, że dopiero w roku 1998. Na gitarze jest również były maidenowiec - Adrian Smith, którego solowa kariera była wielkim niewypałem. Po krótkim wstępie przejdźmy do meritum.

Pierwszym kawałkiem jest "King In Crimson". Nie wiem czy piosenka ma coś wspólnego z zespołem King Crimson, wiem jednak, że utwór jest bardzo dobry. Odpowiednie gitary, perkusista również nie przysypia. Mimo małych zastrzeżeń do paru fragmentów stwierdzam, że kawałek jest bardzo dobry. Drugi to tytułowy, czyli "Chemical Wedding". Zaczyna się świetną partią gitarową. Potem spokojna gra na pojedynczych strunach i śpiew Bruce'a. Refren to istne arcydzieło, całości dopełnia delikatny dźwięk syntezatora. Jeden z lepszych utworów na płycie. Kolejny to "The Tower". Zaczyna się spokojną partią basu potem jest solóweczka i potem tradycyjne granie. Denerwuje mnie trochę jak Dickinsonowi akompaniuje jakiś skwierczący głos oraz komputerowe echo. To niepotrzebne. Melodyjny refren przypomina Irona. Utworek w porządku. Następny jest "Killing Floor" (singel z albumu). Świetny początek, wszystko ładnie, ale kompletnie nie pasuje mi refren. Ciężkie gitary, wszystko jest na miejscu gdyby nie ten refren byłoby w porządku, ale cóż tak nie jest. Piąta piosenka to "Book Of Thel". Zaczyna się spokojnie, lecz to jedynie cisza przed burzą. Gitarzysta potem jedzie palcami po całym progu i to jest wstęp do burzy. Jeden z cięższych i najdłuższych utworów. Momentami leciuteńko przynudza. Następny w kolejności to "Gates Of Urizen". Spokojna partia na gitarze mocno zmodulowanej na bas. Piosenka to taka rockowa ballada, z fajnymi solówkami, ma bardzo smutny refren przez ton wokalu Dickinsona. Piosenka jedyna w swoim rodzaju, nie można jej porównać do żadnej innej na płycie, no może do kolejnej. A jest to "Jerusalem". Piosenka opowiada o wyprawach krzyżackich z Anglii, chyba wplecione tam są też jakieś mity angielskie. Najspokojniejszy utwór, to także ballada. Ósmy kawałek to "Trumpets Of Jericho". Ciężkie gitary na początku zaczynają dzieło zniszczenia. Bo o tym opowiada piosenka- o zniszczeniu murów Jerycha. Przed refrenem Dickinson wymiata swoim piskliwym głosem przypominając stare maidenowe czasy. Dziewiąty utwór to "Machine Man". Cóż przypomina nieco "King In Crimson", jednak niczego mu nie brakuje. Irytuje trochę efekt rozmowy jakiegoś kolesia w tle jeszcze poprawione przez komputer. To jest trochę niepotrzebne. Całość jednak w porządku, Smith daje upust swym umiejętnościom gry na gitarce. Ostatni już kawałek to "The Alchemist". Najdłuższe dzieło (aczkolwiek czas grania jest krótszy niż w "Book Of Thel") i najlepsze. Bardzo klimatyczna piosenka, znakomity, melodyjny refren to największy atut utworu. Na końcu jest nawiązanie do piosenki tytułowej bowiem grany jest refren z tej piosenki chociaż nieco inaczej. Ma to nam przypominać, że to już koniec "Chemical Wedding".

Nagrywając tę płytę Bruce odciął się od swojej kariery w Iron Maiden i od swoich korzeni związanych z NWOBHM, bo ta płyta to czysty heavy metal. Album jest wspaniały, przyjemnie się go słucha. Według mnie bije na głowę "Balls To Picasso".

Rafus

https://www.hardrocking.pl/2018/09/bruce-dickinson-the-chemical-wedding-recenzja.html

1. King In Crimson 4:43
2. Chemical Wedding 4:06
3. The Tower 4:45
4. Killing Floor (Written By Adrian Smith) 4:29
5. Book Of Thel (Written By Eddie Casillas) 8:14
6. Gates Of Urizen 4:25
7. Jerusalem 6:42
8. Trumpets Of Jericho 5:58
9. Machine Men (Written By Adrian Smith) 5:41
10. The Alchemist 6:04
Bonus Tracks:
11. Return Of The King 5:06
12. Real World 3:59
13. Confeos 7:35


Backing Vocals - Craig Lichtenstein (tracks: 4), Frazeeke MC (tracks: 4), The Guru (tracks: 4), Willy 666 (tracks: 4)
Bass - Eddie Casillas
Drums - David Ingraham
Guitar - Adrian Smith, Roy Z
Keyboards - Adrian Smith, Greg Schultz
Vocals - Bruce Dickinson

https://www.youtube.com/watch?v=qNv6nnN02XA

'Głupi ludzie wierzą w głupie bzdury,
Mądrzy ludzie wierzą w mądre bzdury'

CHURCH IS GIVING MORE LIGHT ONLY WHEN IT'S BURNING.

SEED 14:30-23:00.
POLECAM!!!

Lista plików

Trackery

  • udp://tracker.openbittorrent.com:80/announce
  • udp://tracker.opentrackr.org:1337/announce
  • Komentarze są widoczne dla osób zalogowanych!

    Żaden z plików nie znajduje się na serwerze. Torrenty są własnością użytkowników. Administrator serwisu nie może ponieść konsekwencji za to co użytkownicy wstawiają, lub za to co czynią na stronie. Nie możesz używać tego serwisu do rozpowszechniania lub ściągania materiałów do których nie masz odpowiednich praw lub licencji. Użytkownicy odpowiedzialni są za przestrzeganie tych zasad.

    Copyright © 2026 Ex-torrenty.org