|
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
Uczestniczenie w metalowym spektaklu najwyższej próby jaki serwuje Heathen na "Breaking the Silence" przypomina niezapomniany wojaż po krainie żywych wrażeń estetycznych i artystycznych. Debiutancka płyta tych thrasherów z Bay Area z miejsca usadza te wszystkie spusty nad Metalliką, Anthraxem czy Megadethem, gdyż stanowi idealny konglomerat melodyjności, techniczności i bezpośredniej thrashowej agresji. "Breaking the Silence" jest albumem spójnym, choć przy tym pełnym niejednoznacznych kontrastów. Ta energetyczna mieszanina jest ekstraktem wybuchowej agresji, która pulsuje żywymi dźwiękami i pięknem metalu. Znajdziemy tutaj niebywały jak na Bay Area kunszt muzyczny, ogromny talent, pasję i klasę. Wszystko opakowane w klasyczne, ciepłe brzmienie lampowych Marshalli.
Heathen został założony przez perkusistę Carla Sacco oraz gitarzystę Lee Altusa (znanego także później z Exodus) w 1984 roku. W 1987 roku ukazał się debiutancki krążek, rzeczony "Breaking the Silence". Heathen nagrał jeszcze jednego długograja przed swym rozpadem w 1993 - "Victims of Deception" w 1991 roku, a następnie, po reaktywacji, "The Evolution of Chaos" w 2010. Jednak to właśnie "Breaking the Silence" stanowi najjaśniejszy punkt w ich dotychczasowym dorobku muzycznym.
Na "Breaking the Silence" Heathen pokazał swoją maestrię w konstruowaniu ciekawych i zróżnicowanych kompozycji. Aranżacje nie są tendencyjne, ani też nie są zagrane na jedno kopyto. Zespół umiejętnie operował różnymi motywami, momentami nawet zahaczającymi o nietuzinkową awangardę, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z old schoolowym thrashem. Mimo to, Heathen udało się zachować klasyczna thrashową wymowę utworów - pełną thrashowych riffów, świetnych przejść, pasaży i perkusyjnych patentów. Dzięki wplataniu zróżnicowanych zagrywek, utwory potrafią po kilka razy zmienić swój klimat i swą wymowę, stanowiąc jednocześnie obraz piękna muzycznego oraz bezkompromisowej thrashowej napaści.
Album rozpoczyna się niezwykle klimatycznym i shredderskim wstępem do hitowego "Death By Hanging", które wkrótce porzuca swą oniryczną, melodyjną wymowę na rzecz thrashowego połamańca. W tej fantastycznej kompozycji, tak samo jak, między innymi, w postępującym po niej "Goblins Blade", a także utworze tytułowym, chwytliwe, idealne do machania banią motywy w głównych riffach, zostały wzbogacone o niekonwencjonalne i nowatorskie leady. Dodajmy do tego bogate solówki, szczodrze sypiące dźwiękami oraz charyzmatyczne i przy tym niezwykle charakterystyczne wokale, i mamy istny wywar metalowej destrukcji.
Samo "Goblins Blade" też jest nie lada rarytasem i też rozpoczyna się zapadającym w pamięć intro. Tutaj jednak nie ma wycia gitary, która niczym banshee zwiastuje zagładę, lecz niepokojący i nieoczywisty motyw melodyjny, który stopniowo przeradza się w chwytający za gardło riffowy cios. Przełamanie utworu w perkusyjne przyspieszenie i techniczne solówki zostało okraszone genialnymi, żyjącymi własnym życiem, wokalizami, które same w sobie dodają zupełnie nowe płaszczyzny do odbioru tego utworu.
Heathen nie gardzi także zestawianiem ze sobą rozbieżnych motywów. W "World's End" pozorna spokojna, wręcz filozoficzna aura, zostaje w dalszej części utworu zabarwiona pełnym furii thrashowym kolorytem. Gniewne riffy w "Pray For Death", ze swymi apodyktycznymi refrenami i wyścigowymi przyspieszeniami, promieniującymi czystą agresją i, tak samo jak w "Save the Skull", zostają okraszone i zwieńczone epickim duchem.
Pikanterii dodaje utrzymany w thrashującej, monumentalnej konwencji "Open the Grave", który niesie ze sobą pokłady złowróżbnego ducha rozkładu. Klimat utworu zmienia się po drodze wielokrotnie - przechodząc najpierw w pełne refleksji i mistycyzmu motywy akustyczne, by następnie uderzyć szybkimi i ciężkimi tony, porzucając je po drodze co i rusz na rzecz epickiego majestatu solówek. Aranżacja tej kompozycji to prawdziwe świadectwo kunsztu i pomysłowości muzyków.
Album wieńczy "Heathen", kompozycja chwytliwa i niezwykle rytmiczna, zaczynająca się nieco przewrotnie wstępem na akustycznej gitarze. Tutaj także zespół nie porzucił swej różnorodności. Ciężar riffów idzie w parze z melodyjnymi chórkami. Szybkie riffy i rozpędzone solówki rozstępują się nagle, by zrobić miejsce dla epickich przejść i rozrywających duszę, podniosłych melodii.
Nie należy także zapominać o coverze Sweet "Set Me Free", na który się natykamy w czasie naszej podróży przez "Breaking the Silence". W sumie jest to dość ciekawy wybór na cover (i na teledysk, bo do tego właśnie wałka został nakręcony klip), jednak Heathen swoją thrashową wersją tego glam rockowego klasyka srogo dołożył do pieca. Dzięki temu sam wałek brzmi fenomenalnie, energetycznie i nie odstaje przy tym od reszty kompozycji z wydawnictwa.
Niesamowitym jest fakt, że pomimo takiego natłoku śmiałych i zróżnicowanych motywów oraz całej plejady punktów kulminacyjnych, nie dokonano tutaj zbrodni przerostu formy nad treścią. Paralelność melodii i agresji oraz kunsztu i wściekłości jest naturalna i świetnie wyważona. Na tym albumie wszystkie elementy się jakoś tak samo składają na genialny thrash metal. Nic tutaj nie jest wymuszone, nic tutaj nie jest nietrafione. Po prostu samorodny metal najwyższych lotów o pięknym, tradycyjnym brzmieniu z lat osiemdziesiątych. To nagranie podejdzie nawet łebkom, którym się coś takiego jak thrash metal nie podoba. I nie przesadzam w tym momencie.
Swoją drogą, ciekawe że Lee Altus wielokrotnie wspominał, że nienawidzi brzmienia "Breaking the Silence". Jest to bardzo ciekawe, gdyż ten album jest jednym z najbardziej klasycznie brzmiących wydawnictw thrash metalowych. Na wznowieniach Back on Black (które przewrotnie są nie na czarnych winylach, lecz na niebieskich) dodano dodatkowy krążek, na którym znalazły się cztery pierwsze utwory z demo "Pray for Death" z 1986 roku. Możemy więc usłyszeć "Pray for Death", "Goblins Blade", "Open the Grave" i "Heathen" w ich wczesnych wersjach. Istnieją pewne różnice od wersji z długograja, jednak leżą one głównie w płaszczyźnie produkcji studyjnej dźwięku (czyli m. in. przebitek). Sama jakość nagrania demówek jest świetna, więc utwory nie odstają zbytnio poziomem brzmienia od "Breaking the Silence". Szkoda tylko, że zabrakło miejsca dla pozostałych dwóch utworów z tego dema, czyli "Deaf in the Silence" i "World's End".
Sterviss
Heathen - tą nazwę zna każdy maniak thrash metalu. Załoga to zacna, choć prześladowana przez pech. Założona w 1984 roku przez urodzonego w Rosji gitarzystę Lee Altusa oraz perkusistę Carla Sacco, nigdy nie zdobyła sobie uznania, na jakie moim zdaniem sobie zasłużyła, zawsze pozostając w cieniu innych, wcale nie lepszych kapel. Bolączką Heathen były liczne rotacje wewnątrz składu. Zespół cierpiał w szczególności na permanentny brak basisty. Wystarczy powiedzieć, że przez formację w ciągu w sumie niewielu lat istnienia przewinęło się... 21 muzyków! Między innymi dlatego wydano do tej pory tylko dwa dłogograje. W 1992 roku kapela została rozwiązana, by reaktywować się po 9 latach. Od czasu reunionu na rynek wypuszczono jedynie EP'kę.
Przenieśmy się w druga połowę lat osiemdziesiątych, konkretnie do 1987 roku, kiedy chłopaki wydawali swój pierwszy duży album - "Breaking The Silence". Krążek wywołał niemałe poruszenie w światku Bay Area. Krytyka wręcz rozpływała się nad tym wydawnictwem... Nie był to thrash metal w czystej postaci. Panowie garściami czerpali z klasycznego NWOBHM. Obok kąśliwych riffów mamy tu typowy heavy metalowy wokal, mamy kupę melodii... Uwielbiam ten krążek bezgranicznie. Za co? Przede wszystkim za kapitalną chwytliwość. Naprawdę mało jest płyt, które połykam za pierwszym razem a "Breaking The Silence" z miejsca po prostu wgniótł mnie w fotel. Gitarowo to GENIALNA płyta. Już nie chodzi o wbijające się w czaszkę riffy. Posłuchajcie solówek. To prawdziwe perełki. Altus i Doug Piercy spisali się na medal. Muszę wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy - o klimacie. W tej muzyce jest coś tajemniczego, coś, co przyciąga słuchacza, wywołuje ciary na plecach...
Lee i spółka zaserwowali nam osiem power\\thrash metalowych pocisków. Wśród nich znalazł się cover grupy Sweet - "Set Me Free". Nie mam pojęcia, które kawałki wyróżnić, bo po prostu wszystkie rozkładają na łopaty. Rozpoczynamy od "Death By Hanging" a konkretnie od gitarowych pOPISówek, które przekształcają się w skoczną porywająca łupankę. Kapitalny numer, aż chce się machać głowa. Trójka, czyli "Open The Grave" zaczyna się i kończy przecudną melodyjna solówka. Warto zwrócić uwagę na piekielnie dobre refreny... Utwór tytułowy to także masa znakomitych melodii. Nie brak tu również thrash metalowego ognia. Lee i Doug przechodzą samych siebie. Sola z tego właśnie utworu uważam za najlepsze na całym albumie. Mało wrażeń? Posłuchajcie "Worlds End". Tutaj znalazło się miejsce na bardzo spokojny, usypiający wstęp, smaczki w postaci akustycznych gitar. Dalej jest jednak po staremu czyli szybko i bez litości. Ja nie mam pytań. Album kończy "Save The Skull", gdzie ponownie największe wrażenie robią na mnie refreny, które aż chce się śpiewać razem z Dave'em.
"Breaking The Silence" to znakomita płyta. Chłopaki wysmażyli nam album ponadczasowy, który można słuchać kilka razy pod rząd bez odrobiny nudy. Dla mnie każdy odsłuch tego krążka jest prawdziwą przyjemnością i bardzo często do niego wracam.
Venom
1. Death By Hanging
2. Goblins Blade
3. Open The Grave
4. Pray For Death
5. Set Me Free
6. Breaking The Silence
7. Worlds End
8. Save The Skull
Bonus Tracks:
9. Heathen
10. Pray For Death (Demo)
11. Goblins Blade (Demo)
12. Open The Grave (Demo)
13. Heathen (Demo)
Dave White - lead vocals
Lee Altus - guitars
Doug Piercy - guitars
Mike Jazstremski - bass
Carl Sacco - drums
https://www.youtube.com/watch?v=ZKhDSoeMi3g
'Głupi ludzie wierzą w głupie bzdury,
Mądrzy ludzie wierzą w mądre bzdury'
CHURCH IS GIVING MORE LIGHT ONLY WHEN IT'S BURNING.
SEED 14:30-23:00.
POLECAM!!!
|