|
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
ODPALAM JUTRO RANO!
Z nieukrywanym entuzjazmem obserwuję trwający w Polsce renesans popularności tradycyjnego heavy metalu. Widać to zarówno po coraz liczniejszych koncertach (by wymienić choćby niedawne lub planowane występny Traveler, Riot City, Enforcer, czy Striker) jak i młodych załogach, które zaczynają bawić się w naszym kraju w odlewanie własnych kształtów z tradycyjnych form i stopów.
Stołeczna Aquilla doskonale się w ten trend wpisuje. Mankind’s Odyssey, debiutancka płyta grupy, to 45-minutowy concept album, utrzymany w na wskroś klasycznych klimatach. Mamy tu zarówno inspirację kanonicznymi płytami Judas Priest, jak i amerykańską sceną epickiego heavy, ocierającego się miejscami o power metal.
Bardzo podoba mi się motyw przewodni Mankind’s Odyssey – muzycy Aquilli nie bawią się w utarte schematy fantasy, oddając w to miejsce pola fascynacjom „sci-fi’em”. Zniszczona i nienadająca się już do zamieszkania Ziemia zmusza ludzką ekspedycję do przemierzania bezkresu kosmosu w poszukiwaniu nowego domu. Po tysiącach lat hibernacji, (nie bez ofiar) misja dociera do celu podróży. Jednak to dopiero początek jej trudów..
Oprawa muzyczna OPISanej historii stoi na zaskakująco wysokim poziomie. Większość kompozycji to przebojowe ciosy, które zagrane są z wygarem i koncertową pOPISowością (najbardziej żrą pod tym względem The Awakening, Intersection i Saviors of the Universe). Co dodatkowo mnie urzeka, słychać na debiucie zespołu skłonność do zabawy, lekkość formy, luz i radość grania. Wszytko to osiągnięte bez potrzeby uciekania się do taniego kabareciarstwa i sięgania po pastisz.
Jest jednak element, który nieco psuje mi odbiór całości. Otóż nie do końca leżą mi w Mankind’s Odyssey wokale. Słychać, że Blash Raven ma całkiem niezłe możliwości techniczne (od gardłowego śpiewu, po falsety wzorowane na Kingu Diamondzie), jednak brakuje mi w nich pewnej dzikości, zaangażowania i spontanicznych emocji. Kawałki zdają się być w większości po prostu odśpiewane, czuć w liniach wokalnych pewną zachowawczość i rezerwę. Gorąco liczę na to, że z upływem czasu zespół zanotuje w tej kwestii poprawę, dzięki czemu zacznie kosić jeszcze skuteczniej.
Synu
Miło jest widzieć, że na naszej rodzimej scenie metalowej są takie zespoły jak Warszawski Aquilla, który śmiało może konkurować z takimi zespołami jak Ambush, czy Steelwing. To kolejny przedstawiciel NWOTHM i kolejny band, który z sukcesem podbija świat. Panowie stawiają na dobre, chwytliwe melodie, na pomysłowe riffy, ale przede wszystkim na klimat s-f. Fani Scanner szybko odnajdą się w muzyce Aquilla. Band powraca po 5 latach z nowym albumem i "Mankind Odyssey" to jeden z tych albumów, który warto mieć w swojej kolekcji.
Syntezatory, lektor niczym z czasów VHS i czuć klimat s-f. Tak można by OPISać otwarcie albumu w postaci "Echoes of the past". Ryk gitar, nawiązania do Iron Maiden i już wiadomo, że "Arrival" to hołd dla heavy metalu lat 80. No jest moc i wszystko to czego każdy z nas oczekuje od heavy metalu. Gitarzyści Krzysztof Malinowski i Krzysztof Buffi stawiają na sprawdzone zagrywki i nie ma w tym za grosz oryginalności. Plus jednak za dbałość o detale i jakość. Słucha się tego naprawdę bardzo przyjemnie i słychać, że panowie kochają lata 80. Trzeba też pochwalić pOPISy wokalne Bartosza, który momentami przypomina manierę Kinga Diamonda, co należy uznać za sporą zaletę. Band najlepiej prezentuje się w petardach typu "Pathfinder". Klasyczny heavy/speed metal i to w najlepszym wydaniu. Pierwsze zaskoczenie to stonowany i nieco hard rockowy "Scarlet Skies", ale ten kawałek potrafi kupić tajemniczym klimatem. Dobrze wypada też urozmaicony i bardziej złożony "The awekening", czy banalny i bardzo przebojowy "Intersection". Echa twórczości Scanner słychać w "Saviors of the universe". Całość wieńczy odnowiona wersja hitu "Zero", który znamy z debiutu Aquilla.
Rośnie nam prawdziwa gwiazda polskiego NWOTHM. Brawa za klimat, za brzmienie mocno wzorowane na perełkach lat 80, no i przepiękną okładkę. Płyta robi furorę, a zawartość też jest bardzo atrakcyjna i przede wszystkim zróżnicowana. Mocna pozycja roku 2022. To trzeba znać!
PMW
Stołeczna Aquilla zadebiutowała. I teraz tak – jej fani na pewno zrobią „hell yeah!”, a co z resztą? Reszta pewnie będzie miała na to wyjebane.
No ja w sumie plasowałem się w tej drugiej części słuchaczy. Znam jeden materiał od tego zespołu, mianowicie EPkę „The Day We Left the Earth”, która mnie nie powaliła. Aquilla nie była więc dla mnie zespołem anonimowym, jednakże nie odświeżałem fejsika co pięć minut żey sprawdzać co u Warszawiaków słychać. No ale przyszedł do mnie nowy krążek do recenzji, więc trzeba by sprawdzić co się zmieniło. Generalnie zespół nadal wygląda jak grupa rekonstrukcyjna zespołów heavy metalowych z lat osiemdziesiątych i to tych przerysowanych, niemal pastiszowych. Ale to już tam ich wybór, co kto lubi. Muzyka natomiast idzie w parze z imidżem (lub na odwrót).
To totalnie przerysowane, niemal kreskówkowe, heavy metalowe granie. Aquilla podpierdala wszystkie możliwe patenty tuzom heavy metalu sprzed trzydziestu pięciu lat. I z jednej strony spoko – bo naprawdę wiedzą jak to zrobić, stópka chodzi, wszystko tutaj w zasadzie do siebie pasuje – melodie, wokale, chórki, aranżacje trącące wintydżową myszką – jest to granie pod konkretnego odbiorcę i wiem, że twórcy „Mankind’s Odyssey” mimo wszystko oddane grono słuchaczy, którym nie przeszkadza to co widzą i słyszą. Dla mnie to jak już mówiłem – wszystko co dotyczy tego zespołu jest przekoloryzowane, aż do przesady pchnięte ku granicy dobrego smaku. Jasne, sam lubię sobie posłuchać takiego Skullfist czy Cauldron, które generalnie poruszają się w podobnych klimatach, przy czym u nich jakoś mnie to tak nie razi. I pewnie stąd też taki a nie inny odbiór pełnowymiarowego debiutu – jest spoko, a równocześnie tak czerstwo, że chwilowo bolą mnie zęby, gdy słucham tej muzyki. Czyli na dwoje babka wróżyła. Jednak generalnie raczej nie wróżę sobie dłuższej przygody z muzyką stołecznych hejwi metalowców.
Ale niech grają, dla mnie nie problem. Szczególnie, że jakoś krzywdy mi swoim istnieniem nie robią, po prostu ja nie odnajduję się w ich stylistyce.
Oracle
1. Echoes Of The Past 1:19
2. Arrival 5:37
3. Pathfinder 4:48
4. Scarlet Skies 5:12
5. The Awakening 5:55
6. Rapt In Darkness 4:58
7. Intersection 4:26
8. Saviors Of The Universe 6:15
9. New Dawn Of Evadera 2:10
Bonus:
10. Zero (2021) 4:06
Track 10 is a rerecorded single from 2016 that appeared on an EP "The Day We Left Earth" in 2017.
Bass Guitar - Hippie Banzai
Drums - Pete Slammer
Lead Guitar - Kris Invader
Lead Vocals - Blash Raven
Rhythm Guitar - Chris Scanner
https://www.youtube.com/watch?v=Q9ywX01B2js
'Głupi ludzie wierzą w głupie bzdury,
Mądrzy ludzie wierzą w mądre bzdury'
CHURCH IS GIVING MORE LIGHT ONLY WHEN IT'S BURNING.
SEED 14:30-23:00.
POLECAM!!!
|